Choć kilka ostatnich lat mojego życia to szaleństwo na punkcie podróży i poszukiwanie tego swojego „miejsca na Ziemi” to jest jedno takie, które zawsze w moim sercu rozgrzewa ogień. To to miejsce, w którym ożywają wspomnienia z dziecięcych, beztroskich lat. To tam, gdzie łzy wzruszenia cisnęły się nieraz do oczu nad wigilijnym stołem, a dom przenikał zapachem najlepszych potraw, wyczekiwanych przez cały rok. To również tam, gdzie gwaru miasta nie usłyszysz, ale za to natura daje do wiwatu, wodospad za domem dodaje odrobiny islandzko-norweskiego klimatu, a las pachnie niemiłosiernie dobrze. Tam pod stopami strzelają drewniane deski, tam błąkają się nocami ćmy poszukując zbawiennego źródła światła, babciny kredens nadal „żyje” skrzypiąc przy każdym otwarciu, a zimą ogień w kominku daje spektakle fajerwerków w płonących belach drewna pokrytych intensywnie pachnącą żywicą. Tam przeszłam swe upadki, tam przeżyłam najważniejsze i najpiękniejsze chwile. W tym miejscu jest też pełno nostalgii, wspomnień, tajemnic i smutków, których przez te wszystkie lata zgromadziło się wiele. Tutaj dziękuję światu, że postęp w technologii zaczął się tak późno, bo dzięki temu teraz mogę na kartach albumu odnaleźć i znów „zobaczyć” Tych, którzy choć czołowi w moim życiu, to przedwcześnie musieliśmy się pożegnać.
Jestem włóczęgą, noszę w sobie niespokojnego ducha, ciekawego świata jak nigdy dotąd, ale tutaj jest ten magnes, który wabi i będzie wabił moje serce. Oto więc jestem – jak zwykle w biegu, spóźniona, zajęta, pochłonięta przez wielkomiejskie życie, przytłoczona obowiązkami, ale dopóki zatrzymuję się gdzieś na uboczu w polu, by obserwować piękny zachód słońca z panoramą mojego ukochanego miasteczka, wiem, że wciąż jestem „w normie”, a magnes działa…
