Najpierw dużo organizacji, stresu, może i obaw, by potem urlop minął z mgnieniu oka i stał się już tylko wspomnieniem. Znów ta codzienność i przytłaczające mnie cztery ściany. Choć z całych sił łapałam każdą możliwą chwilę, wyrywając swe myśli z polskich realiów a skupiając je na kolejnej w kolekcji bałkańskiej przygodzie, nie udało mi się tego czasu wstrzymać. On pędzi jak szalony, a ja w efekcie pędzę wraz z nim, mając wrażenie, że nie zawsze daję w tym wszystkim radę.
Typowa dziewczynka to warstwy grubych mięśni i zaciekłość, potargane włosy, których przy albańskim wietrze nie dało się nijak ułożyć – zrezygnowałam z wszelkich prób, jeansowy look i plecak sprzętu, ale z drugiej strony miękkie wnętrze, które chyba najlepiej dostrzegają te najbardziej bezbronne istoty – czyt. zwierzaki. Z każdym potrafię nawiązać więź i choć w tamtym momencie obie chyba się mocno cykałyśmy, to udało się połaskotać lokalną krówkę zdźbłem trawy po nosku. Ale to już tylko miłe wspomnienie, teraz czas wrócić na Ziemię i wziąć sprawy w swoje ręce. Czerwiec to w końcu mój miesiąc.
