Nie będzie podsumowań, ani spisu porażek i sukcesów – kogo to w końcu interesuje. Nie będzie postanowień noworocznych – bo nigdy ich nie spełniam. Będzie za to krótka historia o tym, że warto mieć wiarę i ufać swoim instynktom, które potrafią podpowiedzieć nam jak najlepiej.
Tym sposobem – wytrwałością, cierpliwością i zwyczajnym byciem autentycznym – dotarłam w jedno z najważniejszych miejsc w całym moim życiu, pokonując przy tym niejedną barierę i krusząc najtwardszy beton.
Zdanie się na podświadomość to często najlepsze co można zrobić, a to ona doprowadziła mnie w to miejsce – miejsce, gdzie spokój nie ma końca, gdzie myśli są tak łagodne i skupione, gdzie ciało przeszywa jeden po drugim przyjemny dreszcz, a w głowie panuje nieziemski stan upojenia – bynajmniej nie żadną substancją. Totalne 'tu i teraz’ – bez telefonu, zegarka, wynalazków XXI wieku, FOMO itd. Czas stojący w miejscu. Długo musiałam na to czekać, ale przynajmniej teraz wiem, że taka magia istnieje naprawdę, a doświadczenie jej to najpiękniejsze momenty pod Słońcem.
