Kiedy około dwa lata temu obudziliśmy się w nowej rzeczywistości – pozbawieni wolności, izolowani społecznie, wystraszeni, w całkiem nowej sytuacji, w dużym dyskomforcie – każdy marzył, by to wróciło do „normalności”. Ale już od pewnego czasu byłam świadoma, że tej starej normalności nie będzie. Reguły w świecie się zmieniły, nastały nowe zasady. Tymczasem w momencie, gdy wydawać by się mogło, że powoli wybudzamy się z tego złego snu i sytuacja nieco się polepsza, nadszedł jeszcze gorszy czas…
Wczoraj opuszczając rodzinny dom i moich bliskich, by wrócić 'do siebie’ zatrzymałam się na chwilę w ogrodzie i spojrzałam w idealnie czyste, gwiaździste niebo. Każdą jedną gwiazdkę mogłam dostrzec gołym okiem, a mroźne powietrze szczypało mnie w płuca.
Wszyscy my – ludzie – mamy nad sobą to samo niebo. Czy tamto wczorajsze w Głuchołazach, czy to dzisiejsze we Wrocławiu, czy w Warszawie, Nowym Yorku, Australii, na Zanzibarze, Antarktydzie, Mont Evereście, czy pośrodku Oceanu Spokojnego. Tak samo w Ukrainie.
Każdy normalny, „zdrowy”, choć odrobinę empatyczny i wrażliwy człowiek o dobrym sercu cierpi i czuję lęk w tych ostatnich dniach. Każdy chce żyć w świecie, gdzie to niebo będzie sobie mógł wypracować tu na ziemi. I kiedy przypomina mi się, że tydzień temu narzekałam na „głupią pracę” czy inną błahostkę – pukam się w głowę i uświadamiam, że jako ludzie mamy tendencję do wyolbrzymiania naprawdę małych problemów i nie doceniania tego co posiadamy – pokoju w kraju, ciepłego domu, jedzenia w lodówce, kogoś na kogo możemy liczyć. Że nie musimy opuszczać najbliższych, by walczyć o prawdziwą wolność – a tym samym być może już nigdy ich nie zobaczyć…