Przywykłam już do tego, że kołdrę mam wyłącznie dla siebie i że nikt nie budzi o poranku. Że na śniadanie jem co chcę, a całe mieszkanie to moje królestwo. Do życia według własnych zasad i upodobań, braku kłótni, braku nadszarpywania nerwów, braku komentarzy. Nastał mój własny matriarchat.
Ale czasem czuję wewnątrz bardzo nieprzyjemne uczucie – napada mnie raz na jakiś czas, wyduszając ze mnie skrajne emocje. Każdy człowiek chce gdzieś przynależeć. Chce czuć się bezpiecznie. Chce wiedzieć, że jest choć jedna istota, dla której jest się ważnym. Że istnieje ktoś, kto patrzy się w ten jedyny na świecie sposób. Że życie – choć bywa trudne, choć szykuje wiele przeszkód, choć nie zawsze głaszcze po głowie – pokonywane krok po kroku razem, jest po prostu lżejsze i bardziej sensowne.
Niezbyt ze mnie stadne zwierzę, ale wiem, że czasem w tlenie brakuje mi tego pierwiastka, który dałby poczucie bezpieczeństwa. Wtedy świat może płonąc, a ja czuję, że moje istnienie ma jakiekolwiek znaczenie.