Ostatnio to życie jest jak dzień świstaka. Wpadłam w jakąś powtarzalność, która jest totalnie nieznośna i rozproszyła mnie na milion zmęczonych, marudnych kawałków. Kawa, praca 1, praca 2, ruch, jedzenie, noc. Repeat. Poniedziałek, wtorek… do piątku – „uff, nareszcie weekend!” i… niedzielny wieczór. Repeat.
I na co to wszystko?
Pocieszające jest to, że wypalenie to nie tylko mój problem. Miejski pęd, gonienie za celami, sytuacja gospodarcza – wszystko to pcha nas w kołowrotek. Co więcej nawet twórcza przestrzeń na tym cierpi – może nawet to ten z najbardziej bolących aspektów całej sytuacji. To, czemu poświęcasz nie tylko czas, energię, ale i serce – zaczyna powoli uwierać…