Ten tydzień był jednym z najtrudniejszych tygodni w moim życiu. I pozornie nic takiego się nie wydarzyło. A tymczasem w weekend wchodzę z ciężką głową, z bólem pleców, kamieniem stojącym gdzieś w środku mojego gardła, z bólem serca i poczuciem, że znów uniosłam na wątłych barkach kolosa, który powinien powalić mnie na kolana. To się powoli dzieje. Kolana mi miękną, a ja coraz mniej mam siły na dźwiganie tych trudnych spraw.
Jednocześnie wydarzyła się jedna z najfajniejszych rzeczy – a właściwie to dopiero się wydarzy, ale daje mi to poczucie, że warto się starać, warto mieć ambicje, warto wierzyć, iż kiedyś ta ciężka praca przyniesie efekty, o jakich nawet nie marzyłam.
I w takich momentach myślę, że to życie jest takie głupie i takie nieobliczalne. Bo jednego dnia potrafi zaskoczyć kłodą rzuconą prosto pod nogi, a innego rozświetli niebo pełnią słońca i nawet namaluje piękną tęczę.