Góry to dla mnie terapia idealna. Nie znam innego miejsca, w którym tak bardzo bym odpoczywała od realnego świata. I choćby się wydawało, że samotne kroczenie pustym szlakiem to idealny czas na uruchomienie przemyśleń o życiu, w moim przypadku jest wręcz adekwatnie odwrotnie.
Zacznijmy od kroków. Równomierne tempo pozwala mi utrzymać skupienie na tym, abym nie straciła zbyt wiele sił, ale i nie włóczyła się zbyt wolno. Dzięki temu google’owskie estymacje czy jakiekolwiek inne turystyczne mapy, które mówią o czasie pokonania odcinków – są zakłamane. Ja po prostu pobijam rekordy. Nawet w czasach, gdy kondycja fizyczna jest daleka od choćby optymalnej…
Na dalszym etapie mimo to pojawia się zmęczenie i pewna walka ze sobą, co jest kolejnym aspektem pozwalającym mojemu mózgowi nie odpłynąć na manowce. Kroczę pamiętając o celu i nawet bolący każdy centymetr ciała nie jest w stanie mnie zatrzymać.
Po drodze wiele detali uprzyjemnia drogę. Lubię słuchać natury – szum wiatru, który kołysze gałęziami drzew, śpiew ptaków, dźwięk wody w strumieniu. Koncentruję się w pełni na tym, co mnie otacza. W skupieniu stawiam krok za krokiem, szczególnie gdy teren wymaga mojej uważności – bo ślisko, bo błotniście, bo stromo i można się potknąć.
Ale najpiękniejsze jest to, co czuję gdy już dotrę. Czysta słodycz osiągnięcia celu. A najlepiej smakuje wtedy, gdy oczom ukazuje się coś, czego się w ogóle nie spodziewam. Tak było dziś… Wzrusz.