Jeszcze ciało nie ostygło dobrze po skwarze, jaki bił z ciasnych uliczek Marrakech, a już rzuciłam się w szalony wir koncertowy oraz pozorny slow travel, bo w wydaniu work-life-balance na dalekiej północy. Ale od wyzwań i brania na klatę tego, co ciężkie jednak nie da się tak łatwo uciec.
Cóż. Naiwna część tej dziewczynki wciąż we mnie drzemie. Liczę chyba, że pewnego dnia obudzę się w cudownym błogostanie, kiedy problemy – choć wciąż będą istnieć – przysłoni jakiś instagramowy filtr, albo różowe szkło okularów.






