W „moim świecie” pewne kwestie są fundamentalne i nie wyobrażam sobie dorosłego życia bez nich. Bo o ile w wieku nastoletnim niektóre aspekty są odległe, niezrozumiałe, a to wszystko przez brak odpowiedniej edukacji, ale i doświadczeń, o tyle posiadanie na karku 30 i więcej lat, co może stanowić w wielu przypadkach już połowę przeżytego życia, to już chyba graniczy z dojrzałością, uczciwością i szacunkiem wobec drugiej osoby.
Dorosłość to często nic innego jak branie na klatę. Zranień, rozczarowań, niesprawiedliwości, tego, że nasz bagaż trudnych doświadczeń będzie tylko rósł, a nie malał. Ale pośród tego są też te dobre momenty przecież. Chwile, które dają nam szczęście. Przebłyski tęczy w obliczu codziennej szarości, albo co gorsza żałoby. Tylko że często sami sobie wzajemnie dokładamy – te wszystkie niedopowiedzenia, te zamiecione pod dywan sprawy. Bo tak łatwiej? Chyba tylko pozornie.
A może ja mam jakieś staroświeckie poglądy, oczekując szczerości i odwagi. Może w ogóle nie powinnam oczekiwać.