
Nie jestem bez wad. A nawet może i mam ich wiele. Przez lata dotykana przez różne doświadczenia ewoluuje – w wielu miejscach pewnie nie do poznania, w innych z kolei stała w swoich wartościach i wierna im z całego serca. Czy zmieniam się na lepsze? Nie zawsze. Wręcz dobitnie jak echo dudni mi często w głowie myśl, że zmierzam w skrajność, którą ciężko komukolwiek zaakceptować. Pewnie trzeba bardzo mnie kochać, aby te dziwactwa znieść.
Ale…
No właśnie.
Ale wiem też, że mam jeden z mocniejszych zasobów, by dać z siebie wszystko jeśli chodzi o miłość. Na głębokościach tej osoby drzemie wielkie rycerstwo, które od zawsze – w chwilach słabości czy upadku – walczyło do końca. Może i naiwnie, ale zawsze z poczuciem sensu. Zawsze dlatego, że coś mówiło, iż po prostu warto.
Po latach jednak momentami czuję, że… czas odpuścić? Ile razy to ktoś walczył o mnie?