Ten weekend był dziwny. I chyba dobrze, że już za mną.
Piątkowa noc była niestandardowa jak na to, jak wygląda ostatnio mój lifestyle. W sobotni dzień głowa płatała figle, a w śnie marzyłam o dziwnych rzeczach. Kolejną nocą nieco odpoczęłam przy mocnych basach, by dziś… mieć jakiś refleksyjny czas. Bo to już grudzień. Za chwilę nowy rok i nowe wyzwania i kolejne nowe rozdanie. Dlaczego podchodzimy tak do przełomu grudnia i stycznia, jak do momentu zerowego i jakiegoś nowego startu?
I nie mam ochoty na żadne podsumowania ani głębokie wynurzenia. Jedyne co przychodzi mi dziś na myśl to dwie rzeczy – największe rozczarowanie i największy sukces. I zabrzmi to egoistycznie i egocentrycznie, ale najbardziej rozczarowali mnie w tym roku… ludzie 🙂 Już nie mam wątpliwości, że ostatnią instancją, na którą mogę polegać jest ten człowiek, który to pisze. I niech tak pozostanie. Bo jest to jednocześnie moim największym sukcesem. Przez to jak to znoszę, jak zarządzam tymi rozczarowaniami i mimo wszystko staram się je przełykać i iść dalej do przodu. Nowe oblicze, odważne, wierzące w siebie i w to, że sobie poradzę – w Londynie, w Afryce czy w życiu w pojedynkę. Z bliskimi, z rodziną. Z tymi wszystkimi, których tak naprawdę nie ma wtedy, kiedy ich potrzeba. Którzy myślą wyłącznie o sobie, którzy puszczają słowa na wiatr.
W 2023 roku wyzbyłam się totalnie swojej naiwności. I wiary – w przyjaźń, w relacje, bliskość.