Tam na tym punkcie widokowym to nie był mały moment. To był moment wielki, kiedy Azory postanowiły wreszcie się wyłonić po 3 dniach ukrywania pod grubymi chmurami. Wreszcie zobaczyłam ich zielone zbocza, soczyste barwy roślin szczypały oczy swym doskonałym kolorem, a wiatr targał włosy na lewo i prawo, kiedy ja tylko chłonęłam to, co widzę, a w płuca łapałam to czyste, choć zimne powietrze.
Teraz dbam o małe momenty. Bo te momenty utrzymują mnie jak respirator przy życiu – do kolejnej podróży, do kolejnej ekscytacji, kolejnego wzniesienia, na które wejdę, by zobaczyć coś co znów zaszczypie mnie w oczy. Może taka jest moja droga, może mam po prostu odbywać tę samotną wędrówkę przez życie.