Sny to częsty objaw, co naprawdę gryzie mnie od środka, a czego nie odczuwam za bardzo w natłoku dnia codziennego. A ten natłok się nie zmienia, wręcz na odwrót – przybywa i przybywa, ja zaś nie do końca potrafię potraktować to wszystko w kategorii życiowych sukcesów. Bitter sweet.
I coraz większą tęsknotę odczuwam za podróżą, która pozwoliłaby mi na reset. Długa, pełna przygód, pełna bodźców, nowych miejsc, które sprawią, że powiem „wow – coś nowego” a oczy zaszklą się ze wzruszenia, że znów mogę odkryć kolejny kawałek tego pięknego świata. Może Montana – tak idealnie dopasowana do mojego aktualnego mood’u kowbojskiego rodem płynącego z Yellowstone?