Warszawski sen trwa w najlepsze. A mnie wciąż zaskakuje, że tak dobrze się tu mam. Bez poczucia samotności. To poczucie dawał mi Wrocław. Miejsce, w którym miałam wrażenie utknięcia. Miejsce, gdzie choć ponoć wielu znajomych, to każdy tak naprawdę zajęty swoimi sprawami. Dzisiaj cieszę się niedzielnymi porankami w piżamie przy kawie i długimi spacerami po polskiej metropolii. Podziwiam warstwy miasta – od tych najbrzydszych, po te najbardziej nowoczesne. Mijam pomniki, upamiętniające na każdym kroku, jak straszne rzeczy tu miały miejsce. Patrzę jak to miasto rośnie w oczach. I czuję wzruszenie. I dreszcz.
Dreszcz satysfakcji z podjętej decyzji. Bo ta decyzja mam wrażenie była kolejny raz jak katapulta. To miasto uruchamia we mnie jakiś drugi bieg. Od 27 września zmieniło się tak wiele. Byłam znów w moim ukochanym miejscu na świecie. Zaryzykowałam biznesowo. Spotkałam kogoś bliskiego mojemu sercu. Mam apetyt na życie – znów.
Dziękuję Warszawo.


