Zawsze sobie wtaczamy, że coś się wydarza z jakiejś konkretnej przyczyny. Ale to wszystko teraz – ten człowiek, to miejsce, ten czas… To tak cholerny przypadek. I te przypadki decydują czasem o całym życiu. Tak, to abstrakcja, że zaledwie kilka miesięcy temu nie mieliśmy o swoim istnieniu pojęcia. Tak, to abstrakcja, że o czym nie pomyślimy to finalnie dochodzi to do skutku. Nawet jak graniczy to z cudem. Tak, jesteśmy szaleni.
Ta cała sytuacja mi uświadomiła jedną rzecz – limity mamy często wyłącznie w naszych głowach. I nie – płynięcie na przód bez planu nie jest niczym złym. Dopóki odbywa się to w odpowiednim kierunku.
A drugą rzeczą, która wypełnia mnie po brzegi jest wdzięczność. Za to, że w pewnym momencie zaczęłam podejmować odważne decyzje. I znów pewnie z pewną dozą przesady to stwierdzę, ale krok jakim była Warszawa to pewna katapulta. Nie wiem co jest elektryzującego w tym mieście, ale ono odblokowuje we mnie tak wiele barier, wręcz może pozbawia wszystkich tych złych przeszkód, które mnie blokowały.



