
2025 rok minął w mgnieniu oka. Ale ja utknęłam gdzieś w połowie. Gdzieś między moim upside down world, a tym bieżącym. Mamy 2026 rok, ale mój 2025 był tak nietypowy, intensywny, poszatkowany na kawałki, gdzie trudno było się połapać w jakim momencie roku właściwie jestem, że czuję iż utknęłam tam na dłużej.
Nie przyszła styczniowa energia. Nie przyszła czystsza głowa gotowa na wyzwania. W zamian za to borykam się z tym, by przetrwać zimę – zimę, której od dawna tu nie było. Ja nie narzekam. Kocham zimę prawie tak mocno, jak kocham lato. O wiele bardziej wolę to, niż polskie odcienie szarości przez kilka mrocznych miesięcy w roku. Ja po prostu chciałam wystartować w ten rok z petardą. Tymczasem nie ma petard, raczej jest przytłoczenie.
To raczej nie dół. To coś w rodzaju stawienia czoła z wyprzedzeniem temu, co najprawdopodobniej wydarzy się w tym roku, choć ta droga jest długa i wyboista. Rok ognistego konia jednak sprzyja i ja wierzę, że jak nie teraz to może wcale.