Chyba poważnie dorośleje, a styki w głowie układają się w jeden spójny układ. Pamiętam swoje instagramowe poczynania i nie dowierzam, jak bardzo mogłam się angażować w ten dziwny, wymuskany świat szybkiej, lecz fałszywej w dużej mierze rozrywki. I odkąd pewnego razu zrobiłam sobie od tego świata taką realną przerwę – już nigdy do niego nie wróciłam w tej samej formie. Moje zaangażowanie zmieniło się diametralne. Ale najfajniejszą rzeczą jaką sobie uświadomiłam to to, że wcale nie potrzebuję być częścią tej idealnej społeczności. Tuż po wspomnianej przerwie otworzyłam aplikację i bezmyślnie zaczęłam przeglądać relacje obcych mi ludzi. Pierwszą myślą, która mnie po chwili napadła było: „co Ty robisz, po co marnujesz swój czas? Co Cię obchodzi, co robią ci wszyscy nieznajomi?” – takim cudem uświadomiłam sobie, że moje życie jest samo w sobie dla mnie na tyle atrakcyjne, iż nie potrzebuję 'podglądać’ innych. A chyba często o to chodzi – że tęskniąc za określonymi stanami, emocjami, wydarzeniami, miejscami, nie spróbujemy sami w nich wykreować najwspanialsze momenty, lecz wybieramy życie cudzymi pasjami. Ja zdecydowanie preferuje poczuć letni deszcz na własnej skórze, zobaczyć morskie fale własnymi oczami, czy być obecnym na koncercie ulubionego artysty.
I nie, nie zawsze chodzi o „wielkie rzeczy” i „wielkie osiągnięcia” czy „dalekie podróże” i „drogie ubrania”. Czasem chodzi tylko o ten deszcz, który zaskakuje, gdy akurat do pracy podjedziesz rowerem…
Amen.
