Weekendowe resety – czasem, gdy za bardzo się udają to potem w poniedziałek nawet morze kawy nie pomoże…
W tym dzikim świecie, gdzie relacje międzyludzkie to coraz częściej coś, co ciężko pielęgnować w obliczu konkurencji z wygodniejszym, „bezpieczniejszym”, idealnym i nieskażonym problemami wirtualnym światem, cenię sobie takie resety. Takie soboty, w trakcie których spaceruję po mieście, choć z nieba leje się deszcz, by potem kosztować porzeczkowych sorbetów a wieczorem wznosić toast Aperolem, chociaż do tej pory mi nie smakował. I cenię sobie te niedziele, w trakcie których domowy, owocowy bowl śmiało mógłby konkurować z najlepszą „śniadaniownią” w stolicy, a park staje się przyjemnym miejscem, gdzie możemy posilić się cheat-pizzą na obiad. A wszystko to, choć brzmi zwyczajnie, jest wyjątkowe z jednego powodu – z powodu ludzi, którzy towarzyszą w tworzeniu tych małych, niepowtarzalnych, nieodgrywanych chwil.