Od kilku dni to czuję. I oczu powstrzymać nie mogę. Te tygodnie mijają jak szalone i choć tak absurdalnie zwyczajne, są jednocześnie tak niezwykle magiczne. Bo kiedy o tym wszystkim pomyślę, kiedy na chwilę przestanę być sobą a spojrzę na całą sytuację jako obserwator to trudno ogarnąć rozumem, że to w ogóle ma miejsce.
Ile odwagi to wymagało. Ile poświęceń. Ale także jak dobrze zagrały wszystkie okoliczności dookoła – moja praca, życie, dostępność. Jak wiele puzzli w jednym czasie idealnie się wpasowało. Tak jakby konstelacja gwiazd ułożyła się dokładnie po to, abyśmy mogli się poznać, sprawdzić i pokochać.
Dzisiaj każdy wieczorny dotyk ciepłej skóry, każdy zaspany poranek, każdy powrót do domu i pierwsze spotkanie dwóch par oczu, każdy spacer i splecione ze sobą dłonie – to wszystko by nie miało miejsca, gdybym pewnego dnia nie wybrała się na samotny spacer po Brooklynie. A od niedawna doceniam to podwójnie. Bo znów na chwilę będę musiała się od tego odzwyczaić. A zdaje się, że wcale nie chcę…