W całym tym zmieniającym się wciąż chaosie jest coś stałego – moje marzenia vel cele, których tym razem nie dam uciec tak łatwo. Bez względu na wszystko ufam, że kiedyś minie ten trudny czas, a wraz z nim wróci coś, co nazywamy „normalnością”. W tym momencie powiedziałabym bardziej, że to jednak pewien balans chwil trudnych i chwil szczęśliwych.
Tymczasem próbuję przetrwać w tym lęku o przyszłość, która od 2 lat jest dla większości wielką niewiadomą. Czuję go namacalnie jak krąży mi w żyłach, roznosząc tę toksynę po całym, coraz bardziej kruchym ciele. Czuję jak rozgościł się w głowie, dominując moje noce i przynosząc koszmarne doświadczenia. Czuję go w brzuchu, który na poczet stresu wyrzeka się wszystkiego innego.
Jeszcze niedawno marzyła mi się wolność i niezależność. Dziś wiem, że to kolejna moja wyidealizowana wizja czegoś, co nie istnieje. Bo taki obecnie czuję wpływ na sytuację – niemal zerowy.
