Kolejny etap zwiedzania mojej ulubionej europejskiej wyspy w wyjątkowy sposób ukazał potęgę natury wobec marnego człowieczeństwa. Podróżując przez tamtejszą część Islandii natknęliśmy się na darmową obserwację dużego ssaka, prawdopodobnie małego wieloryba lub orki, który nie chciał się ujawnić bardziej niż tylko wynurzając wdzięcznie swój grzbiet i przepływając fiord w tę i z powrotem. Mieliśmy okazję obserwować również ptaki walczące o swoje terytorium, rozjuszone naszą obecnością, atakujące z wrzaskiem „napastników”. Tam też zajrzeliśmy nad jeden z najbardziej energetycznych wodospadów na starym kontynencie. Dettifoss to niesamowite miejsce, wyjęte prosto z kadru filmu („Prometeusz”), co mnie zupełnie nie dziwi, gdyż to tam w pełni widać majestatyczność nieskażoną ludzką ingerencją. W końcu również wjechaliśmy w islandzki interior, ani myśląc by z niego wyjeżdżać – na rękę są mi podróże, kiedy przed sobą masz tylko wyzwania w postaci rzek, których ominąć nie sposób, czy zagwozdki „gdzie tym razem spędzimy noc?” i „jak bardzo będzie zimno?”, a poza tobą i kompanami jedynym towarzystwem są trolle i Matka Natura. Wreszcie też odbyliśmy trekking do piekielnych jeziorek o niesamowitych kolorach, które mieściły się nie gdzie indziej, lecz w kalderach po wulkanach, po drodze zobaczyliśmy śnieg – mimo, że lipiec powoli zaglądał w kalendarz i poczuliśmy typowy islandzki zapach siarkowodoru na polach o krajobrazie iście marsjańskim. Wtedy też sobie obiecałam, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie, bo islandzki highlands to miejsce nie z tej Ziemi – fenomen na skalę światową, nawet jeśli jesteś stworzeniem tak bardzo ciepłolubnym jak ja 🙊








