Głowa aż mnie rozbolała od tych całych rozważań. Chciałabym się gdzieś przenieść na lipiec czy sierpień, zobaczyć że to wszystko złapie ręce i nogi, że wróci do normy moja wywrócona równowaga. Ludzie to dla mnie największy dar życia. Miłuję ich. Tych najbliższych, tych którym ufam, których obecność to dla mnie relaks, przyjemność i dużo uśmiechu. Ich ograniczone grono pielęgnuję jak najlepiej, bo wiem, że o przyjaźnie trzeba dbać ze szczerym sercem. I nagle takie odcięcie? Koniec tlenu? Taka odległość? Tyle kilometrów? Tak mało spotkań? Brak rozmów? Brak wyżaleń? No eeejjj…
A rodzina? A ojciec? A moje małe pociechy? Gdzie pocieszyciele w najlepszym wydaniu? Gdzie? Daleko.
Wszystko dla planu. I staram się zacisnąć te zęby (choć dziś to dla mnie bolesne przez cholerne migdałki), by przetrawić plan. Ale czasem emocje puszczają. Czasem nerwy też. I fala żalu rozpływa się niczym gorąca lawa po erupcji wulkanu. Choć się staram to sukcesywnie wybucham tą lawą. Staram się być wsparciem, być ostoją, być „pewniakiem” w życiu, ale niestety przekonania własne też staram się mieć.
Może to chwilowy „koniec świata” dla mnie. Oby. Oby plan odwrotny też się powiódł…