Stęskniłam się za górami, za śniegiem, za ciężkim oddechem przy podejściu i żałowaniem na zejściu – że przecież wolę wchodzić, bo przynajmniej kolana mnie nie bolą! Zatęskniłam za wyprawianiem się, wstawaniem leniwym i żałowaniem, że trzeba opuścić łóżko w dzień wolny, ale mus to mus. Tęskniłam za „szczęściem”, które akurat nagoniło mgłę w momencie, kiedy staję na szczycie i chcę zobaczyć świat z góry – tymczasem zamiast tego wszystkiego, mleko rozlewa się dookoła. Brakowało mi tej satysfakcji, liczby kroków, bicia rekordów, zadowolenia, że w ogóle mi się chciało, a przecież wcale nie musiało.
Tęsknię za tym cholernie. Uwielbiam żyć na co dzień w mieście, ale jestem odkrywcą, który potrzebuje tych doznań. W tym momencie bardzo zagubionym odkrywcą, czekającym z wytęsknieniem na chwilę, kiedy mój kompas znów namierzy kierunek i zacznę podążać w dobrą stronę.
Trochę nostalgiczny ten początek roku, ale i energiczny – potrzebowałam poczuć, że niebawem przyjdzie ten czas, gdy znów obudzi się wiosna, a wraz z nią rozkwitnę pewnie i ja.



