Życie biegnie jak szalone, latko idzie ku końcowi, wolnych przebiegów za mało. A ja w ferworze mijających dni oraz ciągłego zabiegania dla swojej równowagi wracam myślami w te niesamowite chwile w islandzkim interiorze. Pogoda w górskich partiach to podstawa dobrego trekkingu. Dlatego tak ciężko było zdecydować, czy objazdówkę po Islandii rozpocząć w kierunku zgodnym ze wskazówkami zegara, czy wręcz przeciwnie. Jak w przypadku każdego wyboru trzeba było podjąć ryzyko – pozostało nam zaufać, że trafi się słoneczny lub chociaż suchy dzień.
Padło na fiordy zachodnie, w związku z czym Góry Tęczowe miały stanowić wisienkę na torcie konsumowanym w końcowej fazie wypadu. Wybór jak się okazało był słuszny, bo znów szczęście dopisało i na wycieczkę po Landmannalaugar trafiliśmy najlepszą aurę na przestrzeni całego pobytu. Słońce, kilkanaście stopni, brak wiatru w dolnych partiach, co pozwoliło na uruchomienie drona, dobra widoczność, a do tego stosunkowo małe zaludnienie. Warun idealny. I te widoki…
To zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam. Idealnie gładkie zbocza, piaskowy kolor przeplatany grafitem i zielenią, gdzieniegdzie plamy zalegającego w zagłębieniach śniegu, nieregularne większe i mniejsze wzniesienia, ostre podejścia, jęzor zastygłej, skamieniałej lawy. Raj trekkingowy, który stanowi niemałe wyzwanie i wymaga dużej determinacji, aby poeksplorować go w pełni. A że apetyt nie został zaspokojony, Góry Tęczowe nadal goszczą na mojej liście miejsc „must see” i jestem pewna, że zasłużyły by poświęcić im dużo więcej uwagi i czasu.



