let it happen

Ostatnie dni wakacji. Zawsze mam w sobie jakiś smutek. Z jednej strony uzasadniony, bo moja głowa to chodzący kalendarz i co kilka dni wspominam kolejne wydarzenia z przeszłości, które na zawsze zarysowały moją kartę historii. Z drugiej strony odchodzi lato. Moje ukochane lato. Iskierka radości, źródło energii, z której czerpię garściami, chłonę całym ciałem światło słoneczne, wiedząc, że jesienno-zimowy okres odegra się ze zdwojoną mocą.

Dużo wspomnień ostatnio we mnie odżyło i to z takich czasów dawnych, o których już realnie zapomniałam. Czasem tęsknię do prostoty, z jaką żyło się kiedyś. Skromniej, ubożej, bez pokazówy, bez wyścigu o najlepsze zdjęcie w internecie, o najciekawsze wakacje, o największe sukcesy zawodowe, najpiękniejsze mieszkanie. Głośniej mówiło się, gdy się cierpiało. Relacje było prostsze. Więcej odwagi było w tym, by powiedzieć drugiemu człowiekowi, że jest dla ciebie ważny. A przede wszystkim… ktoś słuchał.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *