Patrzę w kalendarz i marzę, by był już styczeń. Wiem, że to niczego nie załatwi, ale perspektywa zmiany wtedy jest jakaś bardziej realna, kolorowa i optymistyczna. Wiem, że coś w trybie natychmiastowym musi się zadziać, a w pierwszej kolejności poprawie ulec powinno nastawienie – ale ono często „ginie” z nadmiaru emocji, które uwielbiają odgrywać pierwszoplanową rolę, nie dają spokoju, obierając władzę nad całymi dniami i nocami.
Pamiętam to jezioro. Spacer wokół niekończącej się tafli krystalicznie czystej wody. Chłodne, alpejskie powietrze. Niezwykła cisza. Zapach drzew. Małe wspomnienie, które w tym momencie daje spore szczęście. I tego się trzymam.