W życiu dane mi było być bardzo miękką jeśli chodzi o serce. I tego serca zawsze dużo też potrzebowałam.
Dziś się zastanawiam dlaczego tak jest? Może to wynika z faktu bycia przez wiele lat najmłodszym członkiem niemałej rodziny, którego zawsze otaczano zainteresowaniem i miłością. Może to przez mój dar wrażliwości. Może to miks moich wszystkich cech osobowości, które kształtowały się na przestrzeni lat i wyszło z tego to, co wyszło.
Czuję, że tego swojego dziecka wciąż nie zaspokoiłam w moim dorosłym życiu, a wypracowanie nowego podejścia wydaje się być bardzo długą drogą. Ale mam nadzieję, że z dnia na dzień będę coraz silniejsza w tym, by moim wewnętrznym światem należycie się zająć po swojemu.
Zrozumiałam też, jak wielkie znaczenie w moim własnym „leczeniu” ma dotyk, bliskość. Nie moje własne. Cudze. Cudze ramiona, w których nawet choćby przez sekundę poczuję bezpieczeństwo. Nawet choćbym po tej chwili znów miała spadać w ciemną przepaść. Niezwykle kuszące i uzależniające. Na pewno zaś skuteczne i znaczące o wiele więcej niż jakiekolwiek słowo otuchy.
Ot taka po prostu ja. Nie do zdarcia na zewnątrz i miękka w środku.
