Praktykowana już od kilku lat tradycja spędzenia choć kilku zimowych dni w miejscu, gdzie mogę stąpać bosymi stopami po piasku i patrzeć na bezkresny błękit wody to wciąż rozwiązanie idealne. W tym sezonie wypadło to dość blado, ale warto było te kilka dni spędzić w najsłoneczniejszym stanie boskiej Ameryki, złapać nowy kolor na skórze, dodać włosom kilku jaśniejszych refleksów czy poczuć bezwładność ciała wobec zasolonego oceanu. Wracam ostatnio częściej do tych wspomnień – do Florydy, do Miami i samego „krańca świata” Stanów Zjednoczonych – serca „amerykańskich Bahamów” – Key West. Moje ciało i umysł tak bardzo potrzebują teraz tego prawdziwego ciepła i akompaniamentu Słońca…






