Jest taki jeden moment, który na tej konkretnej drodze mnie rozczula – przychodzi jakaś nostalgia.
Kiedy zobaczę góry na horyzoncie, na dodatek otulone białym puchem oraz to nisko wiszące, zimowe słońce, wiem że zbliżam się w miejsce tak bliskie sercu.
Tym razem było podobnie – droga do rodzinnego miasta, tam gdzie kiedyś był dom, gdzie byli ludzie, którzy dawali poczucie bezpieczeństwa. Gdzie były osoby, które potrafiły poświęcić swój czas i wysłuchać, gdzie relacje były jakieś mniej skomplikowane i bardziej szczere. W grudniu wracam do tego chyba częściej. A jeszcze częściej myślę o tym w ostatnim czasie. Zatęskniłam – tak bardzo szczerze. Za ciepłem domu. Za zapachem choinki. Za byciem wśród innych. Ale równie szczerze zdałam sobie sprawę, że to minęło i to tak bezpowrotnie. A rzeczywistość jest po prostu zupełnie inna i czas wziąć to na klatę.