Jesień ma wiele wcieleń – ale jedno z nich jest wyjątkowe i dopada mnie na poziomie retrospekcji zawsze dużo wcześniej niż powinno. Tym wcieleniem jest pamięć o tych, których już przy mnie nie ma. Zaczęliśmy właśnie listopad…
W ostatnim czasie strasznie irytujący był dla mnie wydźwięk, z jakim rozpanoszyło się słynne halloween w naszym otoczeniu. W tym roku osiągnęło to kolejne apogeum, a zwykłemu szaremu człowiekowi ciężko obok tego przejść obojętnie, bo jakbyś nie był neutralny to nachalność wszystkich dyń, przebrań, skojarzeń biła z każdego możliwego miejsca.
A dla mnie to był czas wyjątkowy na ten inny sposób – czas, kiedy mogłam się wyciszyć, przemyśleć parę spraw, podrążyć parę historii, dotrzeć na nowo do faktów, które wypiera się z myśli sukcesywnie każdego innego dnia.
Żal mi tego, w jakim okresie mojego życia przyszło mi się mierzyć z pewnymi faktami. Kiedyś mając do dyspozycji osoby, ich obecność, wiedzę i wspomnienia, zupełnie tego nie wykorzystywałam – teraz już mam tego pełną świadomość i szkoda, że tamte momenty odeszły bezpowrotnie. Mimo to będę starała się chłonąć jak najwięcej fascynującej, często smutnej czy zatrważającej historii mojej rodziny.
A na koniec mój ulubiony obrazek, który każdą porą roku wygląda przecudnie i idealnie obrazuje zmieniającą się pogodę… Kocham to miejsce!
