Wiem, że często idealizuję pewne rzeczy. Że liście są bardziej kolorowe, przestrzeń bardziej fascynująca, parki rozleglejsze, kamieniczki bardziej urocze, a powietrze smakuje lepiej. Wiem, że to na dłuższą metę nieistotne detale i czasem się zastanawiam, czy to jakaś infantylna moja strona bierze nade mną górę, kierując w tak emocjonalny sposób odczuciami odnośnie jakiegoś miejsca. Zastanawiam się, czy na to wszystko patrzę oczami serca, a nie rozsądku, przez co nie do końca potrafię odnaleźć swój „świat”. Ale chyba jednego zaczynam być pewna – że czas tutaj powoli dobiega końca, zbliża się termin ważności i coraz większy dyskomfort czuję tkwiąc w pewnego rodzaju martwym punkcie. Czy to znów serce? Nie, to dusza. Coraz bardziej obojętna…