Z Islandią mam pewien problem, który potrafi w moim umyśle narobić niemałe spustoszenie. Pierwsze takie odczucia pojawiły się we mnie już w USA, gdzie pierwszy raz tak naprawdę poczuliśmy smak wolności, której doświadczyć możesz w tego rodzaju podróży. Gdy beztrosko gnasz przed siebie, z autem zapakowanym po sufit, pełnym jedzenia, wody i wszystkiego czego potrzeba, by przenocować w dowolnym dozwolonym miejscu. Kiedy trafiasz na ogromne przestrzenie, pełne naturalnych dobroci prosto z serca Ziemi, gdy mijasz opustoszałe miejsca, sporadycznie pojawiające się posiadłości, gdy musisz się martwić o benzynę, bo nie wiadomo za ile kilometrów pojawi się kolejna stacja benzynowa…
Islandzki ląd daje to samo, lecz w jeszcze większym natężaniu. Natura włada nad tobą i nadaje ton całej wyprawie – jesteś na jej łasce. Miejscami ciężko spotkać kogokolwiek – wystarczy rozważnie obrać kierunek eksplorowania wyspy. Wolność i niezależność uzależniają – i nawet mroźna i śnieżna noc, złowrogi wiatr, czy mus wykonywania uproszczonej higieny nie liczą się wtedy wcale. Liczy się „narkotyk”.
Wybierając za cel podróży takie miejsca jak Islandia czy USA ciężko zrównoważyć je potem z tymi destynacjami, gdzie choć pięknie i niepowtarzalnie to turystyczna przaśność i pieniądz wzięły górę ponad nieskazitelną naturą. Ale z drugiej strony to jest element tej pasji – aby wciąż utrzymywać poziom ekscytacji, trzeba włożyć dużo sił w odnalezienie tych wyjątkowych miejsc, w których znów TO poczujesz. Znów zachłyśniesz się wolnością.
