Początek letniej wyprawy po Islandii przypadł na jej zachodnią część, w którą zeszłorocznej zimy nie zapuściliśmy się ani razu. Tamta część wyspy jest totalnie klimatyczna, mroczna i tajemnicza. Kręte drogi przy fiordach, wszędobylska mgła, która nawet jeśli dawała nam trochę od siebie odpocząć to po chwili złowrogo z powrotem nadciągała, rzępolący deszczyk, puste zazwyczaj drogi i niekończące się przestrzenie, okupywane zazwyczaj przez nieokiełznane owce, wbiegające pod koła w najmniej oczekiwanym momencie. Jak nie pokochać tej wyspy?













