Tak się złożyło, że ostatnio najczęściej odwiedzanym przez nas krajem były Włochy. Ale mekka glutenu, lodów nakładanych łopatką, miejskich uliczek godnych by się w nich zgubić czy skuterów to zawsze dobre rozwiązanie – czy to trafisz w środku wiosny w zaśnieżone Dolomity, czy też w środku lata na gorącą Sardynię…
Sardynia zaskoczyła mnie swą różnorodną „rajskością”. Z jednej strony zachwyca turkusowa woda przy nieprzeciętnych plażach – nieprzeciętnych, bo otoczonych specyficznymi kamieniami podobnymi do głazów z ekskluzywnych Seszelów. Nieprzeciętnych też dlatego, że często by do nich dotrzeć, trzeba wybrać drogę morską lub skusić się na drogę lądową, co często oznacza wymagający trekking, który utrudniają dodatkowo w lecie warunki atmosferyczne.
Jeśli w podróży fascynują Cię bardziej góry to w tym aspekcie też się nie zawiedziesz – miejsca takie jak niesamowity Kanion Su Goroppu, rzekomo największy kanion Starego Kontynentu, zrobią na niejednym wyjadaczu ogromne wrażenie. Sardynia sama w sobie jest też górzysta, przez co choć odległości na wyspie nie są duże to przejazd serpentynami zajmuje sporo czasu. Niesamowite widoki to pewniak!
No i co najważniejsze – bateryjki doładowane słoneczną energią, skóra muśnięta złotem, włosy muśnięte blondem, więc jestem przygotowana na przyjęcie jesieni, a wraz z nią dni pełnych słoty, litrów herbaty z cytryną, wiecznie zimnych dłoni i stóp, wieczorów spędzonych na poszukiwaniu biletów lotniczych do naszych wymarzonych destynacji i studiowaniu planu podróży…









